Przyjaciele i znajomi

Wojtek

  • specjalista od Azji Centralnej
  • dyplomata
  • wielbiciel polowań
  • miłośnik gór
  • tata Bruna
  • jeden z trzech największych w Polsce znawców Gruzji
  • od listopada 2009 dyrektor Warszawskiego Biura Handlowego w Tajpej (Tajwan)

Wojtek jest jednym z tych grudziądzan, których wyjazd na stałe z naszego miasta jest dla Grudziądza stratą niepowetowaną. Dla mnie tym większą, że mój największy przyjaciel z czasów licealnych zamieszkał w odległej Warszawie. Odległej na tyle, by nasz kontakt dzisiaj ograniczył się do spotkań raz w miesiącu.

W Warszawie Wojtek pracuje w Ośrodku przy Ministerstwie Gospodarki, w którym zajmuje się analizą polityki i gospodarki Środkowego Wschodu i Zakaukazia. Jest też asystentem w Katedrze Studiów Politycznych SGH, gdzie dzieli się swoimi pasjami ze studentami.

Studia w różnych miastach sprawiły, że w naszym języku powstało nowe wyrażenie: upgrade przyjaźni. Rzadkie okazje do spotkań sprawiają, że nauczyliśmy się wykorzystywać fakt przejazdu jednego z nas przez miejsce zamieszkania drugiego – w ciągu kilku minut potrafimy w skondensowanej formie opowiedzieć sobie o tym wszystkim, co zaszło w ostatnim czasie.

Przyjaźń z Wojtem (dla wąskiego grona zwanym także Małym) nawiązała się z czysto ojcowskich pobudek J. Pierwsza klasa liceum, w klasie pełnej indywidualności, najwięcej jest właśnie jego – młodszego o dwa lata gówniarza, przewyższającego intelektem większość z nas. I oczywiście nieakceptowanego. Co mnie zatem zjednało do tego gościa? Miłość do spędzania czasu w sposób nietypowy...

Najdłuższa jak dotąd wyprawa w moim życiu – podróż rowerem po Skandynawii – zdarzyła się właśnie dzięki jego pomysłowi i uporowi. Nie udała się po pierwszym roku studiów, ale już rok później przemierzyliśmy razem 1900 km od Nynashamn, przez nasze partnerskie miasto Falun, Morę, kurort Idre, górniczy Røros do Trondheim, który był celem naszej wyprawy (w tę stronę 930 km). Z tego pięknego norweskiego miasta udaliśmy się z powrotem do Szwecji przez Góry Skandynawskie, Östersund do Sundsvallu nad Bałtykiem. Stamtąd, wskutek choroby Wojtka, wróciliśmy do Nynashamn autobusem, zatrzymując się tylko w Sztokholmie. Ta wyprawa scementowała nasza przyjaźń, daj Boże, na zawsze.

Nietypowy sposób odpoczywania (spływy pontonowe, polowania czy poszukiwania przodków na Litwie) stał się właściwy dla większości naszych spotkań. Natłok dziesiątków rzeczy do obgadania sprawia, że kilka razy w roku wyrywamy się naszym żonom i przez kilka dni eksplorujemy. I zapewniam, da się w taki sposób podtrzymać przyjaźń. Trzeba tylko mocno chcieć.

Od kiedy jest drugą osobą w Warszawskim Biurze Handlowym w Tajpej, intensywnie zabiega o inwestorów, także dla Grudziądza. Nasza oferta inwestycyjna już tam jest. Jestem przekonany, że w najbliższym czasie pojawią się w Grudziądzu przedsiębiorcy o skośnych oczach...

Albert

  • meteorolog z wykształcenia
  • pasjonat zarządzania kryzysowego
  • podróżnik w średniowiecznym znaczeniu tego słowa
  • wielbiciel Bruce’a Willisa...
  • ... i poezji śpiewanej
  • lubi ekstremalne przeżycia

Nocleg w namiocie tuż pod szczytem Babiej Góry, w samym środku zimy? „Pełen luz...” – taki właśnie jest Albert. Podróżnik wyposażony w sprzęt taki, jaki mają polarnicy. Namiot? Tylko taki z kapami śnieżnymi, bo nigdy nic nie wiadomo. Śpiwór? Komfort przy temperaturze -12 stopni Celsjusza. Na lato ma jakieś inne „specyfiki”. Zwykle geografię studiują tacy, co to każdy wolny weekend spędziliby poza miastem. Rowerem na Litwę, pontonem po Biebrzy, piesza eksploracja przez Roztocze, wspinaczka w Tatrach czy w końcu objazd republik nadbałtyckich – chyba nie ma takiej dziedziny turystyki, w której nas razem nie widziano :). Nasze wspólne wyjazdy są dla mnie tak fascynujące, ponieważ decyzję o kierunku i dacie wyjazdu zawsze podejmujemy spontanicznie. I możemy na siebie liczyć w najbardziej ekstremalnych sytuacjach.

Każdy, kto po raz pierwszy ma styczność z Albertem, od razu widzi z kim ma do czynienia. W mieszkaniu stacja meteo, regały uginają się pod ciężarem przewodników i map, kolekcja minerałów jak w najlepszym muzeum geologicznym. Wybrał sobie chyba najodpowiedniejszą dla swojego charakteru pracę – ciągle w drodze, pędzi po Polsce jako przedstawiciel dużej firmy medycznej. Choć tak myślę, marzy pewnie, żeby zawinąć wreszcie do jakiegoś portu i założyć rodzinę. Trzymam kciuki, Albert!

Hubert

  • wierny czytelnik powieści Kinga
  • skryty wielbiciel Winony Ryder
  • spec od komputerów
  • człowiek lasu
  • Land Rover to jego prawa ręka

Kiedy ktoś jest nad wyraz błyskotliwy, w sposób inteligentny kreuje zabawne sytuacje, a do tego włada angielskim równie dobrze jak polskim – na kogoś takiego nie da się nie zwrócić uwagi. To właśnie Hubert. Człowiek z lasu. Dosłownie.

Przyjaźń z Hubertem także narodziła się w liceum. Choć jest rodowitym grudziądzaninem, jego rodzice mieszkali w Borowym Młynie, gdzie jego tata – pan Zygmunt – był leśniczym. Stąd właśnie przydomek Człowiek z lasu. Dziś myślę, że ja chciałbym być kiedyś tak nazywany.

Fizyka to dość abstrakcyjna dziedzina nauki dla większości Polaków, a fizyka komputerowa w szczególności. Hubert studiował ten kierunek na UMK. I choć codziennie dojeżdżał do Torunia, przez lata studiów udało nam się utrzymać kontakt. Po ukończeniu studiów Hubert, jak większość z nas, bezskutecznie poszukiwał pracy w swoim fachu. Owszem, trafiały się oferty za najniższą krajową, ale Hubcio zawsze wyznawał zasadę, że jeśli przez 5 lat zakuwałeś, zasługujesz na więcej niż najniższa krajowa. Pewnego pięknego dnia majowego w 2005 roku wziął się po prostu i zwinął. Do Inverness w Szkocji. Zaczął pracę w British Telecom (taki sam gigant narodowy jak u nas tepsa) jako telekonsultant ichniej neostrady. Najpierw na platformach Microsoftu, później został specjalistą od Mac-ów. Rzadkim specjalistą.

Półtora roku rozłąki, święta bez najbliższych i życie w obcym kraju nie nastraja do życia. Ale Hubert trzyma się dzielnie, odkłada grosz do grosza i jestem przekonany, że pewnego dnia zapuka do drzwi i z uśmiechem powie, że wrócił, by zbudować swój wymarzony dom. W lesie, rzecz jasna.

Przemek

  • spec od PR
  • trendsetter
  • organizator najlepszych imprez, także tych wielkich - plenerowych
  • kopalnia newsów o gwiazdach
  • z zamiłowania architekt wnętrz
  • uwielbia się smażyć w Chałupach

Przemek jest jedną z nielicznych bliskich mi osób, która jeszcze nie wyjechała z Grudziądza. Mój przyjaciel i powiernik, człowiek, na którego mogę liczyć.  Od września 2007 zajmuje się promocją naszego miasta. Na pierwszy ogień dostał targi w Poznaniu. Z sukcesem - wyspa kujawsko-pomorskiego, w której się znajdowaliśmy, dostała nagrodę za najlepsze regionalne stoisko.

Pshem jest też głównym organizatorem imprez naszej paczki (swoją drogą kurczącej się bardzo, bo co i rusz ktoś wyjeżdża do Anglii). Najlepsze w świecie sylwestry, „śledziki” czy urodziny to imprezy, które organizował właśnie Przemek. Jest też doskonałym trendsetterem – jeśli zastanawiacie się, jak będzie wyglądała moda w przyszłym roku – zobaczcie, jak Przemek się ubiera teraz. W niezwykły sposób łączy styl prosto z londyńskich butików z ciuchami z galerii w Gdańsku czy Bydgoszczy. Zresztą, ja sam uwielbiam z nim robić zakupy. Zawsze słyszę krótkie: „nie, to beznadziejne, odkładaj” lub „no, wyglądasz jak człowiek”.

Zawsze mnie zadziwiała jego nieograniczona wiedza o gwiazdach show-businessu. Potrafi o nich opowiadać w taki sposób, że aż dziw bierze, że jeszcze go nie wyłowiła jakaś firma head-hunterska dla redakcji któregoś z pism typu „Twój Styl” czy „Men’s Health”.

Uwielbiam nasze „balcony party” na piątym piętrze wieżowca, z widokiem na lasek rudnicki, rondo i tę przestrzeń, która kończy się wraz z Kotliną Grudziądzką gdzieś w okolicach Hanowa.

Copyright © 2006 - 2012 by Michał Czepek