O mnie
Pewnej pięknej niedzieli, kiedy większość Polaków smażyła (albo właśnie jadła) na śniadanie jajecznicę z cebulką i boczkiem, tuż po godzinie 9.00 przyszedłem na świat, jako drugie dziecko Estery i Marka. Przede mną urodziła się Monika, najbardziej fantastyczna siostra na świecie, ale o Monice później. W ten sposób spełniło się marzenie moich rodziców o pełnej, szczęśliwej rodzinie.
Od najmłodszych lat rodzice uczyli nas wypoczywać aktywnie. Często wyjeżdżaliśmy na działkę, na warmowską plażę w Rudniku, gdzie wujek Marian ładował nas na jacht i pływaliśmy po bezkresach Jeziora Rudnickiego... Wakacje - wyproszone w zakładach pracy rodziców – najczęściej nad morze, bo blisko, a paliwo na kartki. I pewnie tak byśmy jeździli nad to morze, gdyby pewnego dnia Tato nie kupił mi roweru Reksio. To był taki mały rowerek, zielony, z dostawionymi bocznymi kółkami. Kilka tygodni później zamiast kółek był doczepiony kijek, którym byłem asekurowany. Bardzo mi się spodobało na rowerze... do dnia, kiedy Tata, zupełnie przez przypadek, puścił ten kijek i ja, rozpędzony, odwróciłem się w jego kierunku... Bezlitosna grawitacja, starte do krwi kolana, płacz i sprint do domu, by powiedzieć Mamie, że ten facet nie jest już moim ojcem :) Następnego dnia sam już zszedłem do piwnicy po mojego Reksia i odtąd rower towarzyszył mi już zawsze.
Latem 1985 roku, gdy skończyłem już siedem lat i czas było pójść do szkoły, urodził się nasz kochany braciszek. To, że Mateusz urodził się chłopcem, było wielkim nieporozumieniem, bo cała rodzina czekała na dziewczynkę. Kilka dni przed porodem doszedłem do wniosku, że jedna siostra (i to starsza) wystarczy, więc poprosiłem Boga najpiękniej jak umiałem i... zostałem wysłuchany. Dziś Mateusz jest przedsiębiorcą i zdradzę Wam, że jest świetnym handlowcem. Kiedyś zrobi błyskotliwą karierę jako kupiec w którejś z sieci hipermarketów.
Odwilż polityczna końca lat 80-tych spowodowała, że benzyna nie była już towarem tak deficytowym i Tato odważył się zabrać nas w podróż do Zakopanego. I zaczęło się. Rozpoczęła się moja wielka miłość do gór. Od 1988 roku nie zdarzyło się, by choć raz w roku nie pochodzić po którychś z naszych pięknych gór: Tatr, Bieszczadów, Stołowych, Karkonoszy, Gorców czy Pienin.
Miałem wielkie szczęście być uczniem II Liceum Ogólnokształcącego im. Króla Jana III Sobieskiego w Grudziądzu, w klasie o profili matematyczno-fizycznym. I choć orłem z matmy nie byłem (profesor Maria Ossowska, nasza polonistka, nazwała mnie kiedyś „humanistą wśród ścisłych”, co w jej ustach było wielkim komplementem), dzięki polityce naszemu wychowawcy, prof. Sławomirowi Lipie, zająłem się tymi dziedzinami, które sprawiały mi satysfakcję. Historia, geografia, literatura i w maturalnej klasie także fizyka (ze świętej pamięci Jackiem Chodziutko) to moje cele w liceum. Zupełnie oczywisty dla nauczycieli i rodziców był mój wybór - rozpoczynam studia geograficzne na UMK w Toruniu. Nie tylko studia, ale i wielką życiową przygodę...
Nauki przyrodnicze na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu to kierunki cenione nie tylko w Polsce. Oczywiście prym wiedzie tu biotechnologia, nasz Instytut zaś słynął z profesjonalnych badań Niżu Polskiego, w którym się zresztą wyspecjalizował (miłośnikom gór i wyżyn jurajskich polecam geografię we Wrocławiu). W Toruniu poznałem wspaniałych ludzi, z kilkoma przyjaźń podtrzymuję do dziś. Tam też poznałem profesorów, tzw. „materiał przedwojenny” – ludzi, którzy pomimo naukowej sławy, byli świetnymi nauczycielami akademickimi, potrafiącymi utrzymać doskonały kontakt ze studentem. Szkoda, że takich naukowców jest coraz mniej...
Geograficzne praktyki studenckie to najwspanialsze „kolonie” w moim życiu – poznawanie przyrody i gospodarki „na żywo”, integracja z naukowcami i umacnianie więzi ze znajomymi z roku. Bezsprzecznie praktyki to najpiękniejszy okres studiów. Jednak wszystko, co piękne jest – przemija... Obroniłem pracę magisterską „Przestrzenne aspekty łączności w Toruniu w latach 1992-2002” (robiłem specjalizację z planowania przestrzennego) i powróciłem do miejsca, w którym się wychowałem. Do Grudziądza.
Rok 2002 był najtrudniejszym rokiem dla rynku pracy. W Grudziądzu bezrobocie sięgnęło wówczas 32% i dla absolwentów wyższych uczelni niewiele było perspektyw. Większość moich kolegów i koleżanek z licealnej klasy znalazło swoje szczęście w miastach, w których studiowali – w Warszawie, Poznaniu, Gdańsku... Ja zaś postanowiłem zacząć tutaj. Po obronie trudne dwa miesiące wysyłania podań w odpowiedzi na liczne oferty z „Wyborczej”, „Rzepy” i portali internetowych. Kilka rozmów, jakie wtedy odbyłem z pracodawcami sprawiło, że twardo zacząłem stąpać po ziemi. I postanowiłem zacząć od stażu absolwenckiego (to taki program urządu pracy, gdzie absolwent szkoły średniej i wyższej uczelni przez 3 miesiące uczy się, jak pracować) w Urzędzie Miejskim. Skierowano mnie do Wydziału Kultury, Sportu i Turystyki, gdzie poznałem wspaniałych ludzi, prawdziwych urzędników „z ludzką twarzą”. Co prawda pracę rozpocząłem od układania dzienników urzędowych (tak, tak, pamiętam Gosiu :) ), jednak szybko rzucono mnie na głęboką wodę – dostałem do opracowania dwa programy – utworzyć koncepcję zagospodarowania turystycznego jeziora Tarpno oraz opracować system informacji turystycznej w Grudziądzu na bazie tworzącego się wówczas systemu IT w Polskiej Organizacji Turystycznej. I to wszystko w niespełna 3 miesiące, w okresie gorączki samorządowej kampanii wyborczej 2002. Ale udało się i w ostatnich dniach listopada prezentowałem oba dokumenty kierownikowi wydziału.
Wyobraźcie sobie moją radość, gdy na dzień przed końcem stażu wiceprezydent wzywa mnie i mówi: „świetny jest ten dokument o informacji turystycznej, dlatego wprowadzisz go w życie...”. I rozpoczyna się moja wielka przygoda z budowaniem (dosłownie) miejskiej informacji turystycznej. Od burzenia ścian w budynku gastronomika, przez projektowanie mebli zgodnych ze standardami POT, po zakup wyposażenia i... pracę w Miejskim Punkcie Informacji Turystycznej od 26 czerwca 2003 roku, na stanowisku informatora turystycznego. I pracuję tam do dziś. Od maja 2005 do listopada 2006 byłem wydawcą dwutygodnika samorządowego „Kurier Grudziądzki”.
Dzięki wspaniałej rodzinie i najlepszym na świecie przyjaciołom mam bardzo barwne życie prywatne. Chociaż mam coraz mniej czasu, uwielbiam wpadać do rodziców na kawę, wysłuchać ich żali na politykę, polityków i siostrę (to dlatego, że bardzo ją kochają, ale zapomnieli, że jest już bardzo dorosłą osobą). Kocham moją siostrę, bo jest moim głosem sumienia, moim dzwoneczkiem. Kiedy coś sknocę, zawsze do mnie dzwoni... I radzi. Nieoceniony jest też Mateusz, na którym zawsze mogę polegać. Zresztą, jeśli go poznaliście, sami dobrze wiecie...
Od ponad trzech lat mam swoją drugą połówkę. Magda – moja żona – jest psychologiem. I nie skłamię jeśli powiem, że jednym z najlepszych w Grudziądzu. A już na pewno najbardziej zaangażowanym w swoją pracę. Magda jest artystką w aranżacji wnętrz – co chwilę zmienia coś w naszym mieszkanku. I zaciąga mnie do pracy przy tych zmianach, co czasem przychodzi jej z wielkim trudem :). Ale dzięki żonie udoskonalam się w najbardziej poszukiwanych dziś zawodach – jestem już dobrym malarzem, uczę się tynkować, aż strach pomyśleć, co jeszcze nauczę się robić... |