Na Litwę wyprawa śladami Marszałka

2008-07-12

Kiedyś napisałem, że na Litwę wciąż się powraca, bo to miejsce niezwykłe. Jeśli do uroku litewskich miast oraz doskonałych dróg tego kraju dodać silną złotówkę oraz fakt, że nareszcie mam własny samochodzik, cel tegorocznych wakacji był z góry do przewidzenia. Moja czwarta podróż do naszych braci Litwinów zdecydowanie wzmocniła miłość całej naszej ekipy do tego małego nadbałtyckiego kraju.

Kiedy w maju przejąłem od Taty „Czarną Perłę” wiadomo było, że wakacje będą objazdowe. Może... Litwa? Monia (siostrzyczka) i Paweł (szwagier) szybko podchwytują pomysł, bo jeszcze nie byli – więc mamy już komplet. Muszę jednak zrobić kosztorys, bo wakacje długie i pomysłów wiele. Sprawdziłem więc na stronie Narodowego Banku Polskiego bieżący kurs lita i tu pierwsza radość - 0,98 zł za litewską walutę (1,20 zł w 2006 roku). Potem ceny paliwa na Litwie - zawsze było taniej, ale jak jest obecnie? Polecam sprawdzić przed wyjazdem na litewskich stronach szwedzkiego koncernu Statoil (aby sprawdzić ceny na stacji w danym mieście, kliknij na mapkę na stronie startowej) lub rosyjskiego Lukoil (aktualne ceny na stacjach w prawym górnym rogu)- stacje tych firm dominują. Przy głównych arteriach znajdują się jeszcze potężne stacje Orlenu (Orlen przejął stacje benzynowe kupując rafinerię w Możejkach), ale paliwo naszego rodzimego koncernu jest najdroższe. Stacje akceptują jednak wszystkie polskie programy (flota, vitay etc), więc jeśli jesteście wierni temu koncernowi... Stacji lokalnych nie polecam - sami Litwini ostrzegają przed rozwadnianym paliwem. Należy pamiętać, by do diesli lać paliwo D-fortis (Statoil) lub DK (Lukoil) - na Litwie jest jeszcze inny olej napędowy, o nazwie D.žym. W sumie nie dowiedziałem się, co to za olej napędowy - na stacjach mówiono mi, że mogę zatankować tylko fortis lub DK - pewnie ten o lita tańszy D.žym jest subsydiowanym olejem dla rolników..? Po analizie ceny oleju napędowego (o 35-40 groszy tańszy na litrze) oraz cen noclegów (kwatery prywatne, domki na kempingach oraz pola namiotowe) skalkulowałem koszt 8-dniowego wyjazdu na 600 złotych za osobę, po podzieleniu kosztów paliwa na 4 osoby. Dziś, kilka dni po powrocie, potwierdzam: zmieściliśmy się w tej kasie, kupując jeszcze w ramach tej sumy prezenty dla przyjaciół i rodziny. Na Litwie po prostu jest taniej!

Litwa jest stosunkowo małym krajem - zajmuje zaledwie piątą część powierzchni Polski - dlatego odległości nie są wielkie, w sam raz na kilkudniowy objazd samochodem. Oczywiście są na Litwie tak piękne zakątki (Dżukijski Park Narodowy, Auksztocki PN, Żmudzki PN czy wybrzeże z Połągą oraz Mierzeją Kurońską), że śmiało moglibyśmy spędzić ze 2 tygodnie w tym jednym miejscu. W zależności od sposobu poznawania Litwy, warto przed wyjazdem znaleźć sobie noclegi lub choćby rozpisać sobie, gdzie można się zatrzymać. Warto korzystać z portali miast (www.nazwamiastapolitewsku.lt), które z reguły posiadają angielskie lub rosyjskie wersje językowe. Jeśli nie znajdziemy tam informacji o noclegach, na pewno odeślą nas na strony informacji turystycznych. Czasem też zdarza się, że stronę z przydatnymi informacjami o danym mieście, w dodatku w kilku wersjach językowych, zrobi jakiś lokalny patriota (jak w przypadku Troków). Ja zarezerwowałem noclegi w Druskiennikach (1 nocleg) i w Trokach (2 i 3) - pozostałe miały być i były spontaniczne. O ile w Druskiennikach i na całej Suwalszczyźnie i Dżukiji oraz w Trokach i w Wilnie nie ma problemu z porozumiewaniem się po polsku (dużo polonii), o tyle w centralnej i zachodniej części kraju trzeba sobie przypomnieć rosyjski lub porozumiewać się po angielsku. Szukając noclegów warto napisać zapytanie i po polsku, i po angielsku. Oczywiście dobrze będzie przyjęte, gdy najpierw grzecznie zapytamy, czy dana osoba rozumie polską mowę.

Poniżej opis mojego pobytu na Litwie - z cenami za parkowanie, noclegi, paliwo, wstępy - może komuś pomoże w planowaniu wyjazdu.

Dzień 1. Grudziądz - Olsztyn - Mikołajki - Augustów - Sejny - Ogrodniki - Druskienniki (445 km)

Nie będę rozpisywał uroków polskich miast i miejscowości, przez które trzeba przejechać, by dotrzeć do granicy polsko-litewskiej w Ogrodnikach. My zatrzymaliśmy się na kawę w Olsztynie, kilka fotek w Mikołajkach oraz zakupy na kolację w Augustowie. Po drodze bardzo chcieliśmy zwiedzić Muzeum Pszczelarstwa w Czerwonce koło Biskupca, bardzo reklamowane w Nawigatorze Turystycznym CartaBlanca, jednak gdy zjechaliśmy z 14 km z krajowej szesnastki okazało się, że owe muzeum mieści się na terenie prywatnego gospodarstwa, a pani właśnie wyjechała do matki.

Dojazd do przejścia granicznego w Ogrodnikach jest bardzo przyjemny, ponieważ mogą tamtędy przejeżdżać wyłącznie samochody osobowe i autobusy. Do tego szesnastka od Augustowa do samych Ogrodników jest drogą o nowej nawierzchni, niemal na całym odcinku biegnącą przez lasy Puszczy Augustowskiej. Tuż przed granicą warto odbić w lewo do Sejn, by kupić Lity (kantory są czynne całą dobę; jeśli ktoś przegapi zjazd na Sejny nic nie szkodzi - przed przejściem jest jeszcze kilka kantorów). Na przejściu granicznym mamy 381 km. Pierwszą miejscowością po stronie litewskiej są Łoździeje (Lazdijai). Tam można już zatankować na Statoilu (płaciłem 4,23 Lt/litr ON) i świetną, pustą drogą pomknąć do Druskienników przez Vieisiejai i Leipalingis. Przekraczamy mostek na Niemnie i już jesteśmy w słynnym litewskim uzdrowisku.

Zabytkowa zabudowa Druskienników - ulica pięknych pensjonatów

Druskienniki zawdzięczają swą nazwę soli (lit. druska = sól), która w znacznym stężeniu występuje w solankach eksploatowanych na miejscu. Odkryte już w XVI wieku, dwieście lat później zostały docenione w lecznictwie i podobno sam car Mikołaj I, w uznaniu leczniczych właściwości solanek druskiennickich, nadał miejscowości status kurortu. Wówczas rozpoczał się okres prosperity miasteczka - wybudowano piękne drewniane pensjonaty, powstały alejki spacerowe wzdłuż wysokiego brzegu Niemna. Gdy Polska odzyskała niepodległość, miasteczko znalazło się w granicach Polski. Marszałek Józef Piłsudski, do reszty zakochany w klimatycznej miejscowości, nakazał wykupić kurort Bankowi Gospodarstwa Krajowego. Piłsudski chętnie odpoczywał w Druskiennikach, a wraz z nim - elity dwudziestolecia międzywojennego - wtedy wypadało bywać w Druskiennikach. Niestety, ustalenia jałtańskie spowodowały, że Druskienniki po wojnie znalazły się w granicach Litewskiej SSR, a po ogłoszeniu niepodległości - Republiki Litwy. W okresie socjalizmu klimatyczne miasteczko oszpecono betonowymi sanatoriami, jednak wiele z nich obecnie przechodzi, dzięki ogromnym inwestycjom, istną metamorfozę w wyglądzie.

Obskurne klocki sanatoriów z czasów ZSRR zastępują eleganckie hotele

Dzisiejsze Druskienniki to nie tylko litewski Ciechocinek - miasto codziennie ściąga setki osób z Białegostoku i Suwałk do... aquaparku. Nic dziwnego - park wodny leży bliżej tych miast niż aquapark w Sopocie względem Grudziądza. I ceny są zdecydowanie bardziej przyjazne portfelowi. Przy tym nalezy pamiętać, że druskiennicki aquapark jest drugim pod względem wielkości w Europie parkiem wodnym! Za dwugodzinne wodne szaleństwo, od poniedziałku do piątku, zapłacimy 26 lt (26 zł). Szczególnie godne polecenia sa oczywiście zjeżdżalnie - mamy aż 6 rur. Niestety, podczas mojego pobytu największa - extreme - była nieczynna. Ale i tak świetnie się ubawiłem.

Aquapark w Druskiennikach - ten schron kryje wiele atrakcji

W Druskiennikach warto się przejść alejkami parku zdrojowego, wokół którego rozlokowane są najładniejsze sanatoria i hotele. Park jest bardzo zadbany i ukwiecony oraz, co dziwne - pozbawiony przesadnej komercji - do tego stopnia, że nieźle trzeba się nachodzić, żeby zjeść loda albo gofra.

Na każdym kroku Litwini podkreślają swoją przynależność narodową

W parku zdrojowym znajdziemy jeden z licznych pomników książąt litewskich, które w każdym mieście podkreślają narodową przynależność historyczną tych ziem do narodu litewskiego. Litwini są wielkimi patriotami - naprawdę da się to zauważyć.

Noclegi: polecam portal Druskienników (kilka wersji językowych, niestety polska jeszcze nie działa). Skorzystałem z usług pana Zbigniewa Stankiewicza, który oferuje noclegi w dwóch przyjemnych domkach drewnianych. Domek większy podzielony jest na 4 mieszkania, natomiast mniejszy (w którym spaliśmy) ma mieszkania po jednym na parterze i na piętrze. W obszernym pokoju znajduje się aneks kuchenny (kompletnie wyposażony)oraz łazienka z prysznicem. Teoretycznie spać tu może 5 osób - 2 na złączonych łóżkach, 2 na rozkładanej kanapie oraz 1 na rozkładanym fotelu.Cena za nocleg w szczycie sezonu za 2 osoby to 85 litów lub 25 euro. Pan Zbigniew doskonale mówi po polsku. Można się kontaktować telefonicznie (+370-682-10-953) lub mailowo (zstankevic@gmail.com).

Kwatera w Druskiennikach

Dzień 2. Druskienniki - Liskiava - Merecz - Troki (112 km)

Drugi dzień naszej podróży rozpoczęliśmy z godzinnym opóźnieniem :) - jakoś tak trudno się przestawić na czas litewski (+1 godzina). Zaraz po śniadaniu aquapark, spacer po miasteczku i wyjazd do Merecza. Skręciliśmy troszkę za szybko i do Merecza dojechaliśmy wiejskimi, ale za to rewelacyjnymi drogami. Mało tego - los nam wynagrodził tę pomyłkę, gdy dojechaliśmy do wsi Liskiava. Zjeżdżając stromo ku dolinie Niemna przed nami, na wzgórzu, wyłonił się piękny kościół i klasztor. Postanowiliśmy skorzystać z przydrożnego parkingu i wspiąć się na punkt widokowy.

Kościół i klasztor w Liskiavie

Monia stwierdziła, że tutaj praktycznie możemy zakończyć nasz wyjazd - rozbijamy namioty i kąpiemy się w Niemnie. To dopiero pierwsze z miejsc zapierających dech w piersiach, jak miała się przekonać :)

... a w dole Niemen

Dojechaliśmy wreszcie do Merecza - miasteczka w Dżukijskim Parku Narodowym, gdzie do Niemna dopływa jedna z piękniejszych rzek Litwy - Mereczanka, będąca kręgosłupem parku narodowego. Po przejechaniu mostu na Niemnie koniecznie TRZEBA zjechać na mały parking, z którego wiedzie urocza dróżka na szczyt średniowiecznego grodziska.

Średniowieczne grodzisko w Mereczu...

Grodzisko to kolejny punkt widokowy na dolinę Niemna i wspomnianą już Mereczankę. Stąd też nie chciało nam się schodzić.

... to najlepszy punkt widokowy na meander Niemna i ujście Mereczanki

Aby dojechać do drogi do Wilna, należy wspiąć się stromo pod Merecz. Warto zatrzymać sie na małym, wrzecionowatym ryneczku, pośodku którego znajduje się kameralny kościół. To dobre m,iejsce, by jedząc lody poobserwować małomiasteczkowe życie Litwinów.

Z Merecza śmignęliśmy świetną drogą krajową A4 w kierunku Wilna. 5 km za wsią Gudeliai zjeżdżamy do Troków - naszej bazy wypadowej do zwiedzania Wilna. Aquapark i wspinanie się na liczne punkty widokowe w drodze do Troków spowodowały, że tego dnia pozwalamy sobie wyłącznie na spacer po Trokach. Tutaj należałoby chyba wspomnieć o tej pięknej miejscowości.

Troki są dla Litwinów takim miastem, jak dla Polaków Gniezno. To tu rodziła się litewska państwowość, w końcu tutaj znajdowała się (krótki czas) stolica księstwa. O grodzie Troki maja opowiadać skandynawskie sagi wikingów, którzy zapuszczali się w te rejony. W czasie, gdy u nas Łokietek gromił Krzyżaków, w Trokach osiadł wielki książę Giedymin (ok. 1320 roku). Dwadzieścia jeden lat później syn Giedymina - Kiejstut ustanowił w pobliskich Starych Trokach (Senieji Trakai) stolicę swojego księstwa żmudzkiego (wówczas rządził Litwą wraz z bratem Olgierdem, któremu w udziale przypadła Auksztota). Schedę po ojcu dziedziczy Witold, który zbudował ów piękny zamek na Wyspie Zamkowej pośrodku jeziora Gavle.

Dzisiejsze Troki to piękne miasteczko z wyjątkowymi zabytkami. Najważniejszym jest oczywiście zamek Witolda na wyspie. Z daleka wygląda wręcz niewiarygodnie pięknie - przypomina raczej bajkowe budowle z Disneylandu, niż obronny zamek. I chyba wyłącznie z daleka radziłbym go oglądać. Dlaczego? To kompletna rekonstrukcja zamku, którą rozpocząl w dwudziestoleciu międzywojennym (wówczas Troki znajdowały się na terytorium II RP) Jan Borowski. Prace nad przywróceniem dawnego blasku trockiego zamku nabrały tempa w latach 50-tych i w roku 1987 udostępniono zamek dla turystów. To, co może razić mieszkańców Ziemi Chełmińskiej, to użycie zwykłej, małej cegły współczesnej - u nas by to nie przeszło... Z bliska wydaje się, że to nie historyczne zamczysko, tylko wypasiona chata jakiegoś nowobogackiego z wielkopańskimi ambicjami :) W zamku mieści się muzeum historyczne, jednak zbiory są dość ubogie. Można zobaczyć kolekcję monet, porcelany użytkowej i inne drobnostki. Każą sobie nieźle płacić, jak za takie skromne ekspozycje - bilet normalny to wydatek 10 lt, ulgowy 5 lt. Niestety, nie honorują polskich legitymacji studenckich (może ISIC albo EURO24). Co dziwne - zdzierają także za robienie zdjęć wewnątrz zamku (4 lt). Gdyby dodać do tego godziny pracy (w szczycie sezonu 10-19; kasa czynna wyłącznie do 18.45; - o nocnym zwiedzaniu zamku można zapomnieć), całośc nie zachęca do zwiedzania wnętrza. Ale z zewnątrz... spójrzcie sami...

Zamek w Trokach w dzień

W nocy wrażenie jest jeszcze większe:

... i w nocy

Dookoła zamku można popływać kajakiem, rowerem wodnym, łodzią wiosłową i żaglówką

Będąc w Trokach, oprócz samego zamku, koniecznie trzeba się przejść Karaimu gatve, która biegnie od wejścia na zamek w stronę nasady półwyspu, na którym położone jest miasto. Nazwa uliczki wzięła się od Karaimów - ludów krymskich (podobno właśnie to nie są Tatarzy, co utrwalała władza radziecka, tylko krymscy Żydzi - zobacz obszerny artykuł w Wikipedii), których na przełomie XIV i XV wieku ściągnął do Troków sam książę Witold. Do dziś uliczka zabudowana jest wyłącznie drewnianymi, malowniczymi domkami - niestety - i co dziewne, biorąc pod uwagę turystyczna atrakcyjność tej części miasta - większośc domów stoi opuszczona.

Karaimu gatve - ulica Karaimska

Większość domów karaimskich stoi dziś opuszczona

Karaimowie do dziś mają w Trokach także swoją świątynię, zwaną kienesą. Mieści się ona w połowie długości ulucy Karaimu.

Karaimska świątynia, czyli kienesa

Noclegi w Trokach: polecam skorzystać z portalu Troków. Można też skontaktować się z Informacją Turystyczną w Trokach (w mieście mieszka dużo Polaków; warto zapytać, czy dana osoba mówi po polsku). Ja znalazłem nocleg za w miarę rozsądną cenę, bardzo blisko zamku - to hotelik Rotuse. Zdecydowanie go odradzam - oprócz położenia nie ma żadnych, absolutnie żadnych walorów. Cena za nocleg 1 osoby w pokoju 4-osobowym to 30 lt, w pokoju 3-osobowym 35 lt, w pokoju 2-osobowym 40 lt. Pokoje urządzone jak u prababci - meble, które były krzykiem mody we wczesnych latach 50-tych. Pokoje ciemne, zawilgocone (hotelik jest nieczynny poza sezonem, a przez to nieogrzewany; astmatycy długo tam nie wytrzymają). Łazienka wspólna na 3-4 pokoje; są problemy z ciepłą wodą. Przespaliśmy tam jedną noc i uciekliśmy na camping Slenyje, 4 km za Trokami, jadąc w stronę Kowna. Oprócz ustawienia namiotu, przyczepy lub autocaravany, można tam wynająć naprawdę sporych rozmiarów pokoje w drewnianych domkach. Luksusów nie ma, ale nie śmierdzi wilgocią jak w Rotuse. Łazienka, natryski i kuchnia są w oddzielnym budynku, ale urządzone w obowiązującym obecnie standardzie. Cena za pokój 4-osobowy to 100 lt. Do Wilna z campingu jest dokładnie 30 km (pod Ostrą Bramę).

W Trokach trzeba się liczyć z zamierającym życiem turystycznym po godzinie 19. Widać, że sami mieszkańcy nie traktują swojego miasteczka jako miejsca dla turystyki pobytowej. Po zamknięciu zamku znikają stragany z pamiątkami, zamykane są restauracje (!). Naprawdę nieźle się napociliśmy, żeby znaleźć w Trokach otwartą restaurację. W końcu znaleźliśmy przy Traku gatve miłą knajpkę z daniami litewskimi. Polecam kibiny - rodzaj pieroga z ciasta drożdżowego, z farszem mięsnym lub z białym serem. Pyyyyyycha, jak widać poniżej.

Kibinai - kibiny - drożdżowe pierożki z mięsem lub... czymkolwiek

Dzień 3. Troki - Wilno - Troki (68 km)

Rano szybko zjedliśmy śniadanie, po czym pakowanie i ucieczka z Rotuse na camping Slenyje. Zostawiamy rzeczy i pędem do Wilna, bo szkoda dnia. Z Troków prowadzi bardzo dobra droga A16, która wpada do A4 (z Druskienników), a ta z kolei wlatuje w drogę krajową A1 (Wilno - Kłajpeda; na znacznym odcinku jest już autostradą). Ulice Wilna są już coraz bardziej zatłoczone - samochodów na Litwie przybywa w tempie geometrycznym. I szczyt sezonu turystycznego - mnóstwo Polaków i Rosjan. Wjazd do Wilna znam już jednak na pamięć, która mnie zgubiła... Pamiętam, że po wjeździe na A1 droga łukowato skręca w lewo i zjeżdża się stromo w dół. Potem mija się centra handlowe, kilka stacji i skręca w prawo w ulicę Vilkpedes, za stacja paliw i warsztatami samochodowymi. To była zawsze najkrótsza droga do dworca głównego PKP, a stamtąd już tylko kilkaset metrów do parkingu przy Ostrej Bramie - wiadomo, my Polacy lubimy parkować pod samym domem, jeśli się już nie da wjechać do środka :) Jadę więc znajomą drogą, a tu... roboty drogowe, kompletnie zmieniony układ ulic, dojazd wyłącznie do zakładów produkcyjnych i magazynów. Okazuje się, że po latach postanowiono przedłużyć południową obwodnicę Wilna z drogą A1. Pamiętam te obwodnicę z pobytu w Wilnie w 2005 roku - piękna dwupasmówka urywa się nagle za drogą na lotnisko, w szczerym polu. Chcąc niechcąc, wracamy i jedziemy według planu miasta. Parking przy Ostrej Bramie (Bazilijonu gatve), jak zawsze miał 1 wolne miejsce :) Godzina parkowania to wydatek 2 lt (stoi parkomat).

Nie trzeba nikomu tłumaczyć, jak ważne miejsce w życiu Polaków, zwłaszcza mieszkających na stałe na Litwie, ma Ostra Brama. W okresie międzywojnia stawiało się to sanktuarium na równi z Częstochową, a pielgrzymki do Matki Boskiej Ostrobramskiej sprowadzały do Wilna rodaków z najodleglejszych zakątków kraju. Dziś niewiele się zmieniło - w dalszym ciągu, po przyjeździe do Wilna, pierwsze kroki kierujemy na długą klatkę schodową i przebijamy się przez tłum modlących się ludzi, by spojrzeć na Jej oblicze. Atmosfery, jaka tam panuje, nie potrafię opisać. To trzeba poczuć.

Z Ostrej Bramy schodzimy w dół, ulicą Ostrobramską (Ausros Vartu gatve). Po prawej mijamy kościół pw. św. Teresy. Po prawej za kościołem wyłaniają się pierwsze luksusowe hotele wileńskiej starówki, po lewej Filharmonia Narodowa. Ulica Ostrobramska przechodzi w Didzioji gatve (ulica Wielka), która nagle rozszerza się w obszerny Plac Ratuszowy (Rotuses sikste; dawny Rynek), pośrodku ktorego wznosi się potężny Ratusz. Po prawej mijamy jeszcze piękny barokowy kościół pod wezwaniem św. Kazimierza - pierwszy obiekt wybudowany w tzw. stylu baroku wileńskiego. Kościół zbudowany dla jezuitów w latach 1604-1618 zwieńczony jest koroną Jagiellonów - niestety, widać ją dopiero z Baszty Giedymina. Świątynia miała w założeniu być pomnikiem upamietniającym wyniesienie na ołtarze króla Polski Kazimierza Jagiellończyka. Z dawnego bogatego wnętrza niewiele się zachowało - zadbali o to najpierw zaborcy rosyjscy, a w okresie komunizmu - władze sowieckie. Kościół był wówczas m.in. więzieniem, a w okresie stalinizmu - muzeum ateizmu. Obecnie znów należy do jezuitów, którzy od lat przywracają świątyni pierwotny wygląd.

Spacer warto kontynuować w stronę Ratusza. Zbudowany w klasycystycznym stylu w latach 1782-89, odróżnia się od znanych nam budowli potężnym, 6-kolumnowym portykiem. Budynek służył jako siedziba władz Wilna dośc krótko, bo tylko do 1845 roku, gdy zaborcy rosyjscy postanowili przekształcić go na potrzeby handlowe na parterze oraz teatr na kondygnacji. Dziś ponownie jest reprezentacyjną siedzibą władz miasta. Koniecznie trzeba sobie zrobić zdjęcie na schodach budynku.

Trójkątny Plac Ratuszowy w latach 2005-2007 był rewitalizowany - dziś chodzimy po granitowej kostce i pięknych, granitowych pływach. W jego południowej części zbudowano fontannę.

Po prawej widac już bryłę cerkwi św. Mikołaja - kościółka tak małego, że wręcz bajkowego. Niestety, w cerkwi nie wolno robić zdjęć. Na szczęście, jak się okazało, kiedy z niej wychodziłem, przypadkiem nacisnął mi się spust w aparacie. Oj, niepoprawny...

Schodzimy w dół ulicy Didzioji na trójkątny placyk (dawny Rynek Rybny), w całości zajęty przez stragany z bursztynami, matrioszkami, tandetnymi pamiątkami i starociami. Jeśli skuszą Was bursztyny - targujcie się! Zwłaszcza przy większych zakupach. Po prawej mijamy cerkiew Piatnicką (św. Paraskiewy). W porównaniu do kościołów, które już zwiedziliśmy, bryła cerkwi na kolana nie powala. Warto jednak wiedzieć - jak głosi legenda - że jest to pierwszy murowany budynek Wilna, pochodzący z 1345 roku. Zbudował go książę Olgierd dla swojej prawosławnej żony. Kosciół przeszedł burzliwe dzieje, jak większość świątyń wileńskich. Dziś mieści się tu galeria - w słoneczne dni artyści wystawiają swoje prace przed budynkiem, w ogrodzie.

Za dawnym Rynkiem Rybnym rozpoczyna się malownicza uliczka maleńkich kafejek i knajpek oraz eleganckie salony jubilerskie, głównie z biżuterią z bursztynu.

My już jesteśmy trochę zmęczeni zwiedzaniem i strasznie głodni, kierujemy się więc z powrotem, w górę ulicy Didzioji. Tuż za ratuszem skręcamy w prawo, na zieloną Vokieciu gatve, gdzie pod numerem 8 mieści się restauracja Cili Kaimas. Pamiętam ją jeszcze z wyjazdu z Wojtkiem i Saszą, gdy poszukiwaliśmy polskich przodków naszego gruzińskiego kolegi. Wtedy była to jedyna restauracja Kaimas, dziś to sieć z 9 restauracjami w Wilnie (5), Kownie (2) i Kłajpedzie (2). Urządzona jest w rustykalnym stylu, choć każda jest inna. Kaimas w Wilnie na Starówce jest chyba największa - rozsiadła się na 3 kondygnacjach, pomiędzy drabiniastymi wozami, starymi żelazkami i tarkami do prania, drobnymi narzędziami rolnymi etc. Oczywiście gości przy wejściu witają żywe koguty - znak firmowy restauracji. Menu jest przyjazne turyście - każda potrawa opisana jest po litewsku i angielsku, obok znajduje się zdjęcie konkretnego dania. Do tego Kaimas ma rewelacyjną obsługę mówiącą we wszystkich najważniejszych językach. Angielski oczywiście jest standardem. Jak ta restauracja wygląda cenowo? Za 17 litów (< 17 zł) można zjeść pyszny dwudaniowy obiad. Jeśli mamy ochotę posmakować rewelacyjnego litewskiego piwa, do tej kwoty dorzućmy jeszcze 5 litów. A może jeszcze deser... Haha, ze znanych mi osób tylko Fiti Duży i Mały mogą jeszcze zmieścić deser :) Zatem czego trzeba spróbować?

Zupy (sriubos) litewskie:
- krem z grzybów w misce z chleba litewskiego (grybiene juodos duonos kubilelyje)
- galimatias :-), czyli coś jak barszcz ukraiński z szynką, oliwką, śmietaną i cytryną (siupinine) - moja ulubiona
- typowy barszcz chłodnik, ze śmietaną (saltibarsciai su virtamis bulvemis)
Drugie danie:
- cepeliny z mięsem w sosie śmietanowo-bekonowym (didzkukuliai su mesa) - moje ulubione danie litewskie
- bliny, czyli placki ziemniaczane z kawałkami mięsa albo grzybów, w sosie; jest też konfiguracja jak w hamburgerze, z łososiem (bulviniai blinai, kedainiu blinai)
- ziemniaczane kuleczki z serem, w sosie śmietanowym lub bekonowo-smietanowym (bulviakasio pabaigtuves)
- pierogi (koldunai) z mięsem lub serem
- inne dania, które sa także popularne w Polsce.

Do piwa Litwini zamawiają chleb litewski zapiekany w maśle czosnkowym, polany serem (gardi duonaite). Popularne jest zamawianie piwa w dzbanach (1,0, 1,5 i 2,0 litra). W Cili Kaimas serwują różne rodzaje Svyturysa (polecam ciemny Porteris - nie tak mocny jak polskie portery, na szczęście).


Chłodnik podobny do barszczu ukraińskiego


Cepeliny z mięsem, w sosie bekonowo-śmietanowym


Ryba w ryżu z warzywami, pieczona w cieście półfrancuskim


Bliny (placki ziemniaczane) poprzedzielane sosem ogórkowo-czosnkowym, z łososiem

Najedzeni, wracamy zwiedzać Wilno. Wąskimi uliczkami kierujemy się na wschód starówki, ku rzece Vilnia (dopływ Neris). Przeciskamy się malowniczymi, zakręcającymi uliczkami z urzekającą perspektywą.

Nagle zza kamieniczek wyłania się bryła wieży renesansowego kościoła pw. św. Michała Archanioła, przy którym funkcjonował klasztor bernardynek. Niewiele jest w Wilnie budowli z czasów epoki oświecenia. Kościół Michała Archanioła przechodzi właśnie renowację - jest szczelnie ogrodzony, wewnątrz do późna trwają jakieś prace. Kościół został ufundowany przez hetmana wielkiego litewskiego Lwa Sapiehę i z tym rodem był już zawsze związany. Wewnątrz mieści się nagrobek z prochami fundatora i jego dwóch żon. Niestety, od czasów II wojny światowej kościół nie pełni roli sakralnej. Od 1972 roku mieści się w nim Muzeum Architektury. Najbliższe otoczenie kościoła, w podobnym stanie technicznym, ma ten sam niesamowity klimat...

Wystarczy przejść na drugą stronę ulicy Maironio i przekroczyć Vilnię (Wilenkę), by znaleźć się w zupełnie innym świecie. Nagle kończy się ciasnota starego miasta i otwiera się zielona przestrzeń. Tuż nad rzeką przycupnęła sobie cerkiew pw. Matki Boskiej (Skaisciausios Dievo Motinos Cerkve). Ta cerkiew jest chyba wzorcową, bo Monice zebrało się na długą lekcję o różnicach pomiędzy obrazem a ikoną. Przyznam, że w przeciwieństwie do obleganych przez rzesze turystów kościołów katolickich, w tej cerkwii można było się wyciszyć.

Kierujemy się w stronę gotyckich kościołów św. Anny i Barnardynów, mijając po drodze mostek. I tu nagle coś, co zwraca naszą uwagę na barierki... to setki kłódek, zapiętych do barierek. Podchodzimy bliżej i nagle olśnienie... Kiedyś już to widziałem, chyba w Rydze. Młode pary w dniu ślubu przynoszą własną kłódkę z wygrawerowanymi imionami, czasem datą zawarcia związku małżeńskiego i zamykają ją na moście. Co robią z kluczykiem - czy wyrzucają do rzeki, aby nikt kłódki ich miłości nigdy nie otworzył..? Nie wiem :) W kazdym razie wrażenie niezwykłe.

Z tego miejsca wyłaniają się charakterystyczne bryły gotyckich kościołów: św. Anny (po lewej) i Bernardynów. Nigdzie indziej nie spotkałem tak blisko siebie położonych kościołów, dosłownie dotykających się murami. Jak pierwszy powstała świątynia bernardyńska, wzniesiona po 1453 roku dla sprowadzonych zakonników. Część bryły, dla oszczędności środków i miejsca, osadzono na murach miejskich - do dziś na ścianie północnej (od strony mostka z kłódkami) widać wąskie otwory strzelnicze. O ile bryła może zachwycić, o tyle wnętrze przygnębia. Widać sowieckie spustoszenia. Władze kościelne przeprowadzają renowację kościoła, jednak zanim przywrócony zostanie jego dawny blask, dużo wody upłynie w Wilejce...

Kościoły pw. św. Anny i bernardyński

Na placu, z którego zrobiłem powyższe zdjęcie, wznosi się pomnik dobrze znanego każdemu Polakowi wieszcza - Adomasa Mickieviciusa :) Na wiązankach złożonych przy pomniku biało-czerwone wstęgi z polskimi sentencjami. Kolejny raz to miasto staje się nam bliższe, takie polskie, takie "nasze".

Adomas Mickevicius, znany także jako Adam Mickiewicz

Wchodzimy do kościoła bernardyńskiego, dusząc w sobie złość na bezmyślną politykę sowiecką. Nie mogło przetrwać państwo budowane bez korzeni kulturowych i religijnych, niszczące kilkuwiekowy dorobek mieszkających tu ludzi.

Nawa główna kościoła bernardyńskiego w Wilnie

Ołtarz u bernardynów

W zdewastowanym kościele, jak wspomniałem, odbywają się prace konserwacyjne. Utracone zabytki wyposażenia sakralnego zostają zastąpione przez nowoczesne rzeźby i obrazy. Poniżej przykład zderzenia sztuki sakralnej; drewniana rzeźba biskupa Ludwika spogląda wprost na...

... współczesną, marmurową rzeźbę św. Franciszka z Asyżu.

Święty Franciszek w kościele bernardynów w Wilnie

Jakże inny jest sąsiedni kościół gotycki pw. św. Anny. Malutki, zadbany, wychuchany... Zbudowany w 1501 roku, sześćdziesiąt lat później spłonął. Biskup Lwowa postanowił go odbudować, zyskując aprobatę i wsparcie finansowe rodu Radziwiłłów. Kościół jest misternym dziełem skrupulatnej koronkarki - wygląda, jakby jego budowniczowie wprost go wyszydełkowali! Podobno do budowy westwerku użyto 33 rodzajów różnych ceglanych kształtek, które budują trzy wieżyczki, portal, nisze okienne... Sam Napoleon Bonaparte uległ zachwytowi kościołem, który do złudzenia przypomina bryły francuskich i holenderskich gotyckich kościołów, budowanych w tzw. "ognistym" lub "płomienistym" stylu. I jest taki... kameralny.


Z kościoła św. Anny już niedaleko do Placu Katedralnego, na którym wznosi się najważniejsza świątynia Wilna - katedra św. Stanisława, z piękną, oddzielną dzwonnicą w kształcie latarni. Tuż za katedrą dumnie stoi Zamek Dolny, w 2008 roku wciąż jeszcze rekonstruowany. Centralne miejsce placu zajmuje pomnik Giedymina, postawiony tu po odzyskaniu przez Litwę niepodległości po 1990 roku.

 



» powrót

Copyright © 2006 - 2012 by Michał Czepek